Człowiek spotkania. Kazimierz Wiszniowski – pro memoria

1. Człowiek spotkania. Kazimierz Wiszniowski – pro memoria — kopia 300x232 - Człowiek spotkania. Kazimierz Wiszniowski – pro memoria„Zawsze szukaj dobra w człowieku. Tego dobra jest zawsze więcej niż zła!” – pouczał, czy raczej radził pan Ziutek młodszemu koledze: nauczycielowi, społecznikowi i politykowi. Piękna rada brzmi prosto, lecz jakoś staromodnie, bo doświadczenie uczy nas, że im prostsza jest jakaś życiowa zasada, tym trudniejsza jest ona do realizacji.

Dzieje się tak dlatego, iż sprawy proste dotykają najgłębszych sfer naszej duszy, demaskują najskrytsze strategie obronne i wzbudzają najwięcej lęku o siebie samego. Czym bardziej anielska jest wiedza i mądrość, jaką przekazują nam boży posłannicy, tym bardziej budzi się w nas wylęknione zwierzątko (lub agresywna bestia). Dlatego też piękne i proste rady najczęściej pozostają pustymi frazesami. Chyba, że… Boży Posłannik sam według tych słów żyje, zbierając przy tym (jak każdy prorok) razy i siniaki. Zaprawdę należą się takiemu kpiny i złośliwości otoczenia, bo człowiek to zaiste niebezpieczny! Wszak pozbawić umie bliźnich owego drogocennego komfortu drobnomieszczańskiej pewności siebie i swych burżuazyjnych zasad porządnego człowieka.

W słowach Prezydenta Tarnobrzega, pana Dariusza Bożka, który w imieniu mieszkańców miasta pożegnał Zmarłego wszyscy wyczuwali głębokie przejęcie. Przypomniał nam bowiem, że pan Kazimierz nawet wtedy, gdy został wysokim urzędnikiem, pozostawał po prostu dobrym człowiekiem. Znakiem nadziei może być fakt, że nowy zarząd Tarnobrzega swe urzędowania rozpoczął minutą pamięci o człowieku, który na swoją władzę patrzył wyłącznie jak na służbę, który „w życiu poszukiwał Boga, a na ziemi człowieka”.

Ten aspekt życiowego stylu Pana Kazimierza zaakcentowała wiceprezes tarnobrzeskiego KIK-u, pani Elżbieta Gołąbek. Pokazała, że poetyckie „Śpieszmy się kochać ludzi” rozumiał on jako: „Śpieszmy się służyć ludziom”. Wszystko co robił było służbą: i modlitewne spotkania, i literackie wieczory (często trudno było odróżnić jedne od drugich, bo tak bardzo Bóg i człowiek w jego sercu byli połączeni), i pomoc biednym rodzinom (nie tylko chleb powszedni, ale i porada prawna, kolonie i koncerty, bo biedny i tego potrzebuje!). Dla mnie wyjątkowo mocno zabrzmiało świadectwo o tym, że Pan Kazimierz umiał do swych dzieł włączać innych (nawet jak nie bardzo mieli na to ochotę).

Najmniejszego nawet patosu nie wyczuliśmy w słowach księdza Leszka Pachuty, który porównał pana Kazimierza do świętego Franciszka. Wbrew współczesnej pop-kulturze Biedaczyna z Asyżu nie był „pobożnym milusińskim” – on niepokoił, nastawał w porę i nie w porę, demaskował i walczył. Szef sandomierskich wydawców i drukarzy wyjaśnił sens franciszkańskiej drogi tarnobrzeskiego biedaczyny – poety: „Kazimierz zawsze prosił dla innych. Żył na tym świecie, ale tak jakby nie był z tego świata. Cieszył się małymi rzeczami, drobnymi sprawami”.

Mowy pożegnalne zakończył dominikanin, o. Andrzej, który przypomniał postać ojca Warzyńca Wawro OP, przeora z lat stanu wojennego, wraz z którym Pan Kazimierz zaczynał KIK. Przypomniał też o przyjaźni, jaka łączyła Zmarłego z całą ekipą Radio Leliwa i o pięknym pożegnaniu, jakie jego prezes, pan Bogdan Szwedo wypowiedział w kazimierzowej audycji „Spotkania”. Dominikanin realistycznie i stanowczo przypomniał o wielkim i ofiarnym trudzie najbliższej rodziny (żony, córki, syna i zięcia), którym w ostatnich latach coraz trudniej było opiekować się kochanym tatą, bo ten tak był zafrasowany sprawami innych, że zupełnie nie frasował się o siebie i swoje podstawowe potrzeby.

46764464 207508353458141 7382293971386499072 o 1024x737 - Człowiek spotkania. Kazimierz Wiszniowski – pro memoria

Zakończyć chcę te żałobne impresje kilkoma faktami i datami, które ukonkretnią postać.

W lutym 1940 roku urodziła go Jadwiga z tarnobrzeskiego rodu Gałuszków. Tatą był młody, utalentowany dyrektor Ubezpieczalni Kazimierz Wiszniowski, który pochodził „gdzieś ze wschodu”. Od początku zaangażowany w antyniemiecką konspirację, jako członek „Odwetu” w budynku Ubezpieczalni (dziś Przychodnia Specjalistyczna na ul. Mickiewicza) organizował druk ulotek i biuletynów. W marcu 1941 roku aresztowany wraz z dwoma kolegami (o czym przypomina tablica, jaką w 50. lecie wydarzeń umieścił na budynku syn) i osadzony w KL Auschwitz, gdzie tego samego roku zginął.

Młodą matkę z rocznym synkiem wspomagali państwo Mleczkowie, czyli siostra i szwagier. Od tej pory ich synowie Andrzej i Jan byli dla niego najbliższą rodziną. Szkołę średnią ukończył w Krakowie, bo z tak „reakcyjnym” pochodzeniem pod okiem tarnobrzeskich UB-ków chybaby się mu to nie udało. Potem studia inżynierskie na Politechnice Krakowskiej i powrót do rodzinnego miasta. Kilka lat odpracowywał stypendium, jakie dały mu zakłady w Nowej Dębie, potem krótko pracował w TPB, bo szybko zrozumiał, że jego powołanie i pasja to nauczycielstwo. Uczył w legendarnej „Kozyrówie”, w „Rolniku” a na końcu w elitarnym „Górniku”. W latach siedemdziesiątych przy Domu Kultury zorganizował miedzyszkolną trupę teatralną „Vox Humana”, z którą występowali po całej Polsce odnosząc znaczące sukcesy. Młodzi rozjechali się na studia, a największym sukcesem okazała się dozgonna przyjaźń zespołu młodych, którzy dzięki teatralnej przygodzie z Panem Kazimierzem „wyszli na ludzi”.

„Solidarność”, stan wojenny i utrata posady nauczycielskiej w „Górniku” zbiegły się w czasie ze spotkaniem z wspomnianym już ojcem Wawrzyńcem. Od 1981 roku dom katechetyczny przy dominikańskim klasztorze coraz bardziej stawał się jego domem. Wśród nocy stanu wojennego coraz bardziej błyszczał jego organizatorski i poetycki talent. Wielki świat przypomniał sobie o nim w 1990 roku, kiedy mianowano go kuratorem oświaty województwa tarnobrzeskiego. To była jego ostatnia posada przed emeryturą. Życie i działalność Pana Kazimierza w ciągu następnych 27 lat tarnobrzeżanie, nawet ci młodsi znają z autopsji. Można sobie te sprawy z łatwością przypomnieć wstukując na klawiaturze komputera jego imię i nazwisko. Pojawią się wtedy piosenki w wykonaniu „Skaldów”, wywiady z nim samym i kolejne wspomnienia przyjaciół szczęśliwych, że go spotkali, smutnych, że już go na ziemi nie spotkają.

 

Andrzej Bielat OP

Fot. Andrzej Busz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *