Dwór na Wichrowym Wzgórzu to namiastka mojej dziecięcej krainy

Perfect 0087xx 270x300 - Dwór na Wichrowym Wzgórzu to namiastka mojej dziecięcej krainyWywiad z Jarkiem Paczkowskim przeprowadziłyśmy w urokliwej wsi Przybysławice, niedaleko Klimontowa, miejscu, gdzie prowadzi on swoją działalność, żyje i mieszka. Wyjątkowy i klimatyczny Dwór na Wichrowym Wzgórzu, bo tak nazwali tę przepiękną posiadłość właściciele, staje się powoli kolebką kulturalną tej części Polski, za sprawą, koncertów i wydarzeń, które są tu organizowane.

Gospodarz przywitał nas bardzo serdecznie. Niezwykle ucieszył się na nasz widok także Borys, przepiękny owczarek niemiecki. Rozmawialiśmy prawie dwie godziny, podziwiając przypominającą do złudzenia krajobraz Toskanii okolicę, popijając sok z sandomierskich jabłek.

W czerwcowy, pogodny wieczór, wywiad z Jarosławem Paczkowskim przeprowadziły: Iwona Ćwik i Iza Stachowicz-Pyka.

IWONA ĆWIK, IZA STACHOWICZ-PYKA: Skąd pomysł na nazwę „Dwór na Wichrowym Wzgórzu”?
JAROSŁAW PACZKOWSKI: Zespołowa praca moja i córek: Natalii i Kornelii. Ja wymyśliłem „Dwór na Wzgórzu”, a córki stwierdziły, że dużo bardziej romantycznie będzie „Dwór na Wichrowym Wzgórzu” i tak zostało. Poza tym rzeczywiście często u nas wieje…

Pochodzisz z Tarnobrzega?
Nie, choć największą część życia spędziłem w Tarnobrzegu. Urodziłem się w Sudetach, w Kamiennej Górze, a mieszkałem z rodzicami w malutkiej wsi pod Kamienną – Pustelniku. Potem przeprowadziliśmy się do malowniczej miejscowości Ożenna w Beskidzie Niskim, bardzo blisko granicy Słowackiej. Obecnie to Magurski Park Narodowy. W Tarnobrzegu zamieszkaliśmy, gdy miałem 9 lat. Mój ojciec dostał propozycję objęcia stanowiska kierownika zakładu karnego w Chmielowie. Przyjął ją. Z Tarnobrzegiem utożsamiam się cały czas. Siarce Tarnobrzeg kibicuję, mimo, że spadli do III ligi…

Tęskniłeś za malowniczymi terenami, gdzie mieszkałeś, górami, wsią i sielanką wiejską?
Tak. Zawsze chciałem uciec na wieś i to mi się udało. Kończąc szkołę podstawową (chodziłem do „Czwórki”) moja decyzja, jeśli chodzi o dalszą edukację to Technikum Rolnicze w Tarnobrzegu, potem Akademia Rolnicza w Krakowie. Na studiach poznałem żonę Ulę, która pochodzi z Klimontowa.

Żona pokazała ci to miejsce w Przybysławicach?
Nie, Ula tego miejsca nawet nie znała. Zdarzyła się śmieszna historia, jak się poznawaliśmy. Ja nie wiedziałem, że jest taka miejscowość jak Klimontów. Byliśmy na studiach w jednej grupie. Przedstawialiśmy się sobie nawzajem, a Ula do mnie: to jesteśmy krajanami, jestem z Klimontowa! A ja: ooo, a gdzie to jest? Dowiedziałem się, że Klimontów to miejscowość po drugiej stronie Wisły, w województwie tarnobrzeskim.

Czym zajmowałeś się po studiach?
Choć skończyłem technikum rolnicze i studia rolnicze, to w zawodzie nie przepracowałem ani jednego dnia. Już na studiach założyłem firmę handlową. Zajmowałem się sprzedażą bielizny damskiej w Tarnobrzegu, gdzie miałem trzy stoiska. Punkty miałem także w innych miastach: Przemyśl, Cieszyn… Sporo tego było. To były lata 1991-1999. Niestety, wkroczyły na polski rynek chińskie produkty, wyparły produkty polskie i musiałem zamknąć działalność, bo stało się to po prostu nieopłacalne.

I w ten sposób stałeś się „budowlańcem”?
Tak, przebranżowiłem się. Zacząłem handlować oknami, a z czasem z firmy, która sprzedawała okna, powstała firma budowlana. Z oknami trafiłem, w kwietniu 2005 roku, właśnie do Przybysławic, tu do mojej obecnej sąsiadki. Zauważyłem, po raz pierwszy wtedy, ruinę dworku, wystającą z chaszczy. Podszedłem i zacząłem oglądać to, co zostało z budynku. Miejsce, mimo całkowitej dewastacji, mnie oczarowało… Dowiedziałem się, że tu była kiedyś szkoła.

Jak stałeś się właścicielem posiadłości?
Właścicielem dworu była w tym czasie gmina. Pojechałem więc do urzędu gminy. Wójtem był wtedy pan Mrozowski. Polecił mi napisać pismo, że jestem zainteresowany kupnem posiadłości. Napisałem takie pismo, złożyłem i prawdę mówiąc o nim zapomniałem. We wrześniu przyszedł list z gminy, informujący, że jest organizowany przetarg na obiekt, którym jestem zainteresowany. Wziąłem udział w przetargu i stałem się szczęśliwym właścicielem posiadłości ziemskiej, dworu, a w zasadzie ruiny dworu.

Działka wydaje się dość spora…
Z końcem XIX wieku, pod dworem było ponad 600 mórg, czyli ponad 300 ha. W okresie dwudziestolecia międzywojennego, pod dworem zostało już tyko 300 mórg, więc jakieś 150 ha. Po II wojnie światowej, w momencie przejęcia majątku przez państwo, ziemia została rozparcelowana na okolicznych chłopów i przy dworze zostało 1,5 ha. Z posiadłości ziemskiej niewiele więc zostało.

Wspominałeś, że kiedyś tu była szkoła…
Tak. Funkcjonowała do 1986 roku. Najpierw siedmioklasowa, potem już tylko trzyklasowa. Jak szkołę zamknięto, majątek przejęła gmina. Prawie dwadzieścia lat budynek stał i niszczał. Jeden z lokalnych redaktorów sandomierskiego miesięcznika „Czas Powiśla”, Andrzej Borycki, napisał fajny artykuł pt. „Zabytki umierają stojąc”… Nie zapomnę zdjęcia dworu w Przybysławicach, w całkowitej ruinie, z drzewami wyrastającymi z powały…

Rok 2005. Stałeś się posiadaczem zrujnowanego dworu. Jaki miałeś plan na budynek, teren? Zakładałeś na początku, że w tym miejscu będzie miejsce na imprezy, koncerty czy działalność hotelową?
Pierwszy pomysł, jaki się narodził to taki, że sobie tu po prostu zamieszkamy. W 2006 roku zaczęliśmy remont, w większości własnymi siłami. Niestety, nastał rok 2010, potem 2011 – wielki kryzys w branży budowlanej. Zacząłem myśleć o sprzedaży dworku bądź o przygotowaniu go pod wynajem. Dwór jest ogromny, ma prawie 700 m². Zamknąłem moją firmę w roku 2013 i stanąłem przed dylematem, co dalej robić, ponieważ nie wszystko było jeszcze skończone, a ja nie miałem już pieniędzy, żeby dalej inwestować. Mało tego, byłem zadłużony. Nie chciałem jednak pozbywać się „Wichrowego”. Miejsce to stało się namiastką mojej dziecięcej krainy. Przyszła wtedy z pomocą rodzina. W tym momencie dwór jest spółką, gdzie udziały oprócz nas mają dwaj szwagrowie.

Zaczęliście działać jako hotel. W którym momencie narodził się pomysł na to, aby organizować wydarzenia kulturalne?
Kultura stała się sposobem promowania tego miejsca. Zanim dwór wystartował naprawdę, wspólnie z Grzesiem Kociubą, tarnobrzeskim polonistą, zorganizowaliśmy ogólnopolski konkurs poetycki. Opowiem wam fajną, nawiązującą do tematu, ciekawostkę historyczną. Ten dwór już w okresie dwudziestolecia międzywojennego żył trochę kulturą. Mieszkał tu nijaki Karol Malinowski, ówczesny właściciel dworu. Był niewidomy. Uwielbiał poezję i literaturę. Jego przyrodnia siostra Maria Rusecka, która mieszkała nieopodal, przychodziła i czytała Karolowi. Nadszedł czas, kiedy Karol zaczął dyktować Marii swoje własne wiersze. W 1927 roku wydawnictwo warszawskie wydało tomik wierszy Karola Malinowskiego. Tomik ten jest w posiadaniu Rafała Staszewskiego, sekretarza Tygodnika Nadwiślańskiego, który jest zapalonym regionalistą i uwielbia „kopać” w różnych koligacjach rodzinnych i ciekawostkach historycznych. Wiersze są naprawdę dobre. Zamierzam je wydać pod szyldem dworu.

…a wracając do konkursu poetyckiego…
Pierwsza edycja konkursu to rok 2008. Edycji było trzy. Konkurs polegał na tym, że trzeba było nadesłać do nas trzy, niepublikowane dotąd nigdzie wiersze. Jury w składzie Grzesia Kociuby, mnie i dwóch lokalnych polonistek: Basi Bilskiej i Dorotki Kwapińskiej, wybierało trzy nagradzane wiersze, kilka wyróżnionych i zauważonych. Z wierszy tych wydawaliśmy tomiki. Konkurs kończył się imprezą muzyczno-poetycką w ogrodzie, gdzie wręczaliśmy nagrody. Na ostatni konkurs poetycki, w 2010 roku, nadesłano ponad dwieście utworów z Polski i zagranicy.

Dlaczego nie było kontynuacji konkursu, skoro cieszył się tak ogromną popularnością? Stawał się przecież szanowany i prestiżowy.
Był to okres, kiedy podupadała moja firma budowlana, nie miałem najzwyczajniej pieniędzy, sponsorów nie było. Gmina, powiat – pozyskać stamtąd jakiekolwiek pieniądze, graniczyło z cudem. Wyciągnąłem jednak wniosek na przyszłość – żadnych sponsorów. Sponsor się wycofa i fajnie zaplanowana impreza się nie odbywa. Wszystko teraz finansujemy sami, a w zasadzie finansują to ludzie, którzy przyjeżdżają na koncerty, imprezy, wypoczynek. Bywa tak, że impreza finansowo się „nie zamknie” i coś tam trzeba dołożyć, ale bywa i tak, że zarobimy. Ja już dziś wiem, że koncert Jazz Band Młynarski-Masecki na pewno finansowo się „nie zamknie”, ale ja ich tak lubię, tak chciałem ich u siebie, oni są tak świetni, że nie mogę sobie odmówić.

Dajecie ludziom pełen „wachlarz” imprez kulturalnych. To jest wyjątkowe na „Wichrowym”, że nie podchodzicie do imprez tylko i wyłącznie biznesowo…
Tak, o to nam chodzi. Nie jest to przedsięwzięcie stricte komercyjne, nastawione tylko na zysk. Dbamy o poziom, staramy się go utrzymać.

Promocja miejsca przez kulturę sprawdziła się
Tak, zdecydowanie. Niepoliczalne jest to, że dzięki wszystkim organizowanym przez nas imprezom kulturalnym, staliśmy się rozpoznawalnym miejscem, nie tylko w okolicy, ale także w województwie, a nawet, odważę się powiedzieć, że w Polsce.

Twoja praca jest zapewne obarczona stresem. Kontakt z manager, umawianie koncertów, dopinanie imprez. Jak wygląda ta współpraca, chodzi nam głównie o managerów?
Nie chcę obgadywać osobowo, ale muszę to powiedzieć, że z pięćdziesięcioma procentami, jak nie więcej, managerów w tym kraju, rozmawia się koszmarnie. Poziom rozmowy jest taki, że szkoda przytaczać, „z buta”, dosłownie. To jest przykre.

Jaki jest największy sukces Dworu na Wichrowym Wzgórzu?
Największym sukcesem jest to, że ludzie się do tego miejsca przekonali, lubią tu wracać. Marzeniem moim jest to, żeby przyjechała tu do nas Kasia Nosowska. No niestety, jest to poza moim budżetem. Jest kilka gwiazd, które chciałbym mieć u siebie, ale najzwyczajniej nie stać mnie na to. Wiem, ile ludzi mogę tu pomieścić i ile biletów jestem w stanie sprzedać.

Są zespoły z górnej półki jak: Perfect, Voo Voo, Kult, które przyjeżdżają tu z sentymentu…
Tak, to prawda. Tak było na przykład z koncertem Perfectu. Zadzwoniłem do pani Agnieszki Jaworskiej. Mówi do mnie, wie pan co, my już tak w zasadzie coraz mniej tych koncertów gramy, ale do pana przyjedziemy, znam to miejsce, podoba nam się u was, przyjedziemy. I przyjechali, za całkiem rozsądną cenę. Grzesiek Markowski, fantastyczny człowiek. Z artystami ogólnie większych problemów nie mam. Jeden incydent mi utkwił. John Porter miał żal, bo nie miał żaluzji w pokoju i nie mógł się zdrzemnąć w ciągu dnia.

Nie ograniczacie się do działalności tylko muzycznej i kulturalnej. Organizujecie także inne imprezy okolicznościowe.

Tak, Oprócz wydarzeń kulturalnych, robimy sporo imprez tzw. komercyjnych – wesela, komunie, chrzciny, szkolenia. Posiadamy bazę noclegową, spore zaplecze kuchenne i restauracyjne, duży, ładnie zagospodarowany ogród. Możliwości i potencjał obiektu jest spory, a i pracy w sezonie ogrom. Dwór to cały czas rodzinna firma, w której działalność angażuje się cała rodzina. Żona, która jest prezesem firmy, oprócz swojej pracy zawodowej, zajmuje się ogrodem i nadzoruje pracę kuchni. Córki, obie artystki, studentki krakowskiej ASP, w wolnych chwilach pomagają przy dekoracjach, a i praca kelnerek nie jest im obca. Bywają weekendy, gdzie łącznie przesypiamy 4-5 godzin. Tak było w przypadku występów Kabaretu Moralnego Niepokoju, które odbyły się w piątek, a na następny dzień mieliśmy duże wesele.

Jak układa wam się kontakt z lokalną społecznością. Zdarzają się ludzie, delikatnie mówiąc nieprzychylni?
Generalnie z ludźmi żyjemy dobrze. Sporo osób ze wsi u nas pracuje, dorabia sobie, szczególnie młodzież. Dla nas też jest to wygodne. Jest tu mnóstwo pracy, od koszenia trawy po kelnerowanie i sprzątanie.

Prowadząc zakrojoną na tak szeroką skalę działalność, napotykasz na pewno na trudności. Które są uciążliwe najbardziej?
Powiem tak. Dla mnie niezrozumiała jest sytuacja, gdzie władze lokalne, gminne inwestują kwotę 1,5 mln zł w „świetliczki” wiejskie, z których kilka osób skorzysta dwa, góra trzy razy w roku. W Przybysławicach, Adamczowicach i Krobielicach nie ma wodociągu i kanalizacji. Notorycznie brakuje ludziom w gospodarstwach domowych wody. Jest to absurd. Nie ukrywam, że jest to dla nas ogromne utrudnienie. Nie wspomnę o stanie dróg. To jest dramat. No, ale są „świetliczki”…

Dla równowagi. Coś optymistycznego. Jakie jest twoje najfajniejsze wspomnienie z koncertu, który tu się odbył?
Niewątpliwie koncert T.M. Stevensa w 2013 roku. Zadzwonił do mnie mój kolega, Wiktor Czura z propozycją występu artysty z jakimś włoskim zespołem. Z początku nie kojarzyłem osoby. Dowiedziałem się potem, że jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych w świecie basistów. Zgodziłem się. Koncert odbył się na tygodniu, w wtorek. Nie mieliśmy jeszcze wtedy letniej karczmy. Na koncercie było około 70 osób, większość muzyków. Wywiązała się zabawna sytuacja, której nie zapomnę. Chcieliśmy po koncercie zrobić Jam Session. Muzycy zwrócili się do zespołu włoskiego o udostępnienie perkusji. Zespół odmówił, zapewne bojąc się, że prości ludzie ze wsi zniszczą sprzęt. Muzycy sobie poradzili. Z dworskiej kuchni powyciągali garnki, weszli na scenę, dołączyły gitary, znalazł się saksofon. Zaczęli grać. Włosi nie potrafili ukryć swojego ogromnego zaskoczenia. Doszło do nich, że mają do czynienia nie z wieśniakami, ale muzykami i to wcale nie najgorszymi. Nie minęło kilka minut, jak cały zespół włoski dołączył do ekipy Jam Session, łącznie z perkusistą i perkusją. Impreza była wspaniała.
To takie moje najprzyjemniejsze wspomnienie. Natomiast z ostatnich wydarzeń, gdzie siadłem pod sceną i się już nie ruszyłem, to był ubiegłoroczny koncert Organka. Dla mnie mega doznanie. Po prostu rewelacja!

Tak, pamiętamy. 14 września ubiegłego roku. Koncert był wyjątkowy pod każdym względem. Plany na przyszły rok? Co ci chodzi po głowie?
Rozmów, w tym temacie, jeszcze żadnych nie przeprowadziłem. Wstępne projekty i pomysły są. Podoba mi się Daria Zawiałow, bardzo bym chciał którąś z sióstr Przybysz, lub najlepiej obie. W tym roku zdecydowanie brakuje kobiet. Na przyszły rok myślę także o Lechu Janerce i Nocnym Kochanku. W przyszłym roku minie dwa lata od momentu, kiedy był u nas Organek. Bardzo chętnie bym gościł Tomka u nas. Jestem nim oczarowany, tym co robi. Z managerem Korteza bardzo ciężko się rozmawia, ale spróbujemy…

Fot. Mariusz Twaróg

Terminarz koncertów znajdziecie Państwo pod linkiem:
http://www.dwor-wichrowewzgorze.pl/koncerty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *