Fa(k)ta Margana

Program 3 Polskiego Radia to kultowa stacja dla wielu pokoleń Polaków. Tarnobrzeg ma w niej swojego człowieka. Jest nim Michał Margański. Pochodzi z inteligenckiej rodziny. Nazwisko Margański przewija się w polityce międzynarodowej, kulturze, ale też w lotnictwie. Jako maluch w Wojewódzkim Domu Kultury miał okazję przebywać w bliskim otoczeniu wybitnych artystów m.in. Gustawa Holoubka, Kaliny Jędrusik i wielu innych największych aktorów scen polskich. Znalazł swoje miejsce przy Myśliwieckiej jako redaktor muzyczny. Mama Michała pracowała w Domu Kultury, gdzie organizowała dramy teatralne, najlepsze koncerty i imprezy w Tarnobrzegu. Tato natomiast jest literaturoznawcą, tłumaczem i scenarzystą filmowym. Janusz Margański to m.in. współautor scenariusza do słynnego filmu „Wymyk”.

Z Michałem spotkaliśmy się tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Mówiliśmy o jego początkach, pracy czyli pasji, miłości do muzyki i Radiowej Trójce.

Rozmawiali: Iza Stachowicz-Pyka, Damian „Wujek” Wojciechowski i Patryk Bąska.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z radiem?
Początek to Radio Leliwa. Nie pamiętam dokładnie kiedy to było, ale mam wrażenie że był to rok 1993 lub 1994. Kazimierz Wiszniowski zobaczył mnie na jakiejś akademii w liceum i zaproponował, żebym przyszedł do audycji i przeczytał coś o naszym papieżu. To się zbiegło z rocznicą pontyfikatu Jana Pawła II.

I wtedy złapałeś bakcyla?
Tak. Wcześniej moja mama ciągle powtarzała – idź do tego radia, zobacz… Tam już wtedy byli: Wojtek Zawada, Rafał Freyer, Iwona Kutyna, Michał Kutyna, Paweł Łukacz, Robert Pytka – facet z pięknym głosem.

Był w tym czasie Wiesiek Kądziołka?
Mam wrażenie, że jak przyszedłem do Kazia to jeszcze Wieśka nie było. Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy był chłopakiem z afro na głowie. Razem z Piotrkiem Karnasem uwielbiali poezję śpiewaną i robili audycję, w której często grany był Turnau. Później Wiesiek z Wojtkiem Zawadą zaczęli robić audycję „Kurcze to my”, do której przychodziło tyle pocztówek, że było to nieprawdopodobne.

Wróćmy do Ciebie…
Zacząłem u Kazia Wiszniowskiego. Później poznałem Roberta Pytkę. Robert chciał mieć w radiu audycję jazzową. Wchodziłem w jazz dzięki stryjowi, który pokazywał mi Milesa Davisa i dzięki mojemu katechecie z liceum, ojcu Wojtkowi, który namiętnie słuchał Jana Garbarka. To była podstawa, trzon, korzeń od którego zacząłem wędrować po jazzie. Nazwę audycji „Krajobrazy pełne jazzu” wymyślił Paweł Antończyk. Pożyczyliśmy magnetofon z Domu Kultury, czterościeżkowy, taki porządny i powstał pierwszy dżingiel. W wieku 16 – 17 lat zacząłem zarabiać pierwsze pieniądze w radiu. Moim sukcesem, wtedy dla mnie bardzo ważnym, była premiera płyty Henryka Miśkiewicza. „Kakarukę” zaprezentowałem wcześniej niż Marcin Kydryński w „Trójce”. To było dla mnie coś niesamowitego, bo od państwa Miśkiewiczów dostałem tę płytę i byłem pierwszy! Kiedy Rafał Freyer wprowadził formatowanie stacji, to chcąc się w niej uchować, zacząłem czytać serwisy informacyjne.

Słuchałeś wtedy „Trójki”?
U mnie w domu „Trójka” była odkąd pamiętam, do lat dziewięćdziesiątych. Później powstał RMF FM. On zmienił wszystko. Byłem zafascynowany RMF-em. Następnie „Trójka”  wróciła z powodu „Trzech kwadransów jazzu” i tematu, którym zajmowałem się w „Leliwie”. To było bardzo ważne, żeby wiedzieć co dziennikarze, zajmujący się jazzem, prezentują w swoich audycjach i jak to robią.

Czy po doświadczeniach z Radia Leliwa w tak młodym wieku, czułeś, wiedziałeś, że radio, dźwięk, audycje to jest coś dla Ciebie?
To było ambiwalentne. Z jednej strony tak, z drugiej nie, ponieważ nie potrafiłem połączyć mojej miłości do historii i polityki z radiem. Nie za bardzo widziałem siebie w roli dziennikarza „newsowego”. To co robiłem, wydając serwisy, było tak naprawdę tylko redagowaniem i czytaniem ich.

Prowadziłeś w „Leliwie” audycję jazzową, potem stałeś się dziennikarzem, który czyta serwisy. Interesuje nas ta transformacja z dziennikarza serwisowego na dziennikarza stricte muzycznego. Kiedy to nastąpiło?
Muzyka jest dla mnie najważniejsza w życiu. To jest miłość. No i coś chciałem z tym zacząć robić. Kiedy pojawiłem się w „Trójce” po raz pierwszy, czyli w 2001 roku to byłem reporterem i robiłem swoje „3 minuty”.

Jak trafiłeś na Myśliwiecką?
W „Trójce” pracowała moja kuzynka, która wiedziała, że mam za sobą kilka lat pracy w „Leliwie”. Na początku XXI wieku Program Trzeci przechodził transformację. Szukano młodych ludzi. Dyrektorem był wtedy Witold Laskowski. Redakcją Pasm Dziennych, w której była Karolina, rządziła Magda Jethon. To Magda powiedziała – dobrze, niech przyjdzie, niech pokaże, niech coś zrobi. Rozczulające było jak się tam pojawiłem, a ona do mnie mówi: „tu jest mikrofon, tu jest kabel, umiesz podpiąć?”… Zrobiłem tych dźwięków reporterskich sześć czy siedem, w tym ten najważniejszy, który spowodował dalszą przygodę. Pojechałem do Poznania w elektrowozie, aby nagrać materiał z maszynistą. Przyjechałem z tym dźwiękiem i okazało się, że to był mój ostatni dźwięk. Zrobiłem ten materiał, ostatni w tamtym czasie, bo dyrekcja radia stwierdziła, że nie chce już żadnych reporterów, że będzie tylko muzyka i że będzie to format podobny nomen omen do tego, co wcześniej wprowadził w „Leliwie” Rafał Freyer.

Byłeś wtedy zmuszony szukać pracy?
Po swojej pierwszej przygodzie z „Trójką” trafiłem do Radia Kolor na trzymiesięczny staż. Pracowałem jako wydawca serwisów. Nie chcieli mnie tam. Następnie pisałem w agencji o polskim rynku paliw. Do pracy chodziłem w garniturze i to była dla mnie tragedia. Jednak stała się tam bardzo ważna rzecz. Nauczyłem się pisania depesz. Początkiem 2003 roku trafiłem do Radia Jazz, gdzie zacząłem prowadzić poranną audycję „Guten Margan”. W tym czasie pierwszy raz spotkałem Tomasza Stańkę.

Czyli zawodowo byłeś blisko ukochanej muzyki. A w jaki sposób wróciłeś do Programu Trzeciego Polskiego Radia?
Zadzwoniła Magda Jethon. Zapamiętała materiał z elektrowozu. Poświęcenie całego dnia dla trzech minut zostało im w głowach. Zaproponowali, abym zrobił cykl zatytułowany „Trendy czy passe”. Nazwa koszmarna. Chodziło o to, żeby pokazać co jest modne, a co modne już nie jest. Miałem wrażenie, że najzwyczajniej lepszy byłby polski tytuł. Pomyślałem jednak – to jest nieważne. Ważne jest, żeby tam być. Takim sposobem w swoje urodziny, w sierpniu, dostałem stały cykl w Trójce, a po roku, również w urodziny połówkę etatu. Po kilku latach za tę audycję otrzymałem międzynarodową nagrodę w Iranie. Do Teheranu pojechaliśmy z Michałem Nogasiem. On również został wyróżniony. Później kazano mi wymyślić serwis kulturalny. Tak powstał „Przystanek kultura”. Wspólnie z Michałem i Agnieszką Szydłowska powołaliśmy wtedy do życia „Radiowy dom kultury”.

W lipcu 2006 roku nadeszły zmiany…
Pojawił się Krzysztof Skowroński, jako dyrektor zastępując Witolda Laskowskiego. Wiadomość dotarła do nas w trakcie festiwalu Open’er i nie wiedzieliśmy co mamy myśleć i robić. W związku z tym, że część ludzi zaczęła odchodzić, będąc w Stanach Zjednoczonych na urlopie również podjąłem decyzję o odejściu. Zacząłem pracę w Radiu Bis. Potem pracowałem w „Jedynce”, gdzie pierwszy raz w życiu otrzymałem na publicznej antenie dużą, trzygodzinną audycję – „Jedynka nocą”.

To była audycja z muzyką jazzową?
Prezentowałem w niej różne style, także jazz. Złapałem bakcyla na Komedę. Zacząłem grzebać w archiwach, wyciągać stare materiały. Dostałem emocjonalnego kopa. Komeda to mój konik do dziś. Za dnia była audycja „Igłą po płycie”, do której przynosiłem winyle. W międzyczasie robiłem jeszcze informator kulturalny zatytułowany „Artefakty”.

W lutym 2009 roku Magda Jethon zostaje pierwszy raz szefową „Trójki”…
Tak. Ściągnęła mnie z powrotem i jestem na Myśliwieckiej do teraz. Przeszedłem kolejne szczeble kariery, od połówki etatu dla młodszego redaktora, potem cały etat redaktora aż do starszego redaktora. Nic nie było na skróty i uważam, że tak powinno być. Wróciłem do „Trójki” cyklem o Krzysztofie Komedzie. Całodniowa opowieść w odcinkach w czterdziestą rocznicę jego śmierci. Jestem z tego dumny. Po tym cyklu przyszedł czas na „Potrójne pasmo przenoszenia” – audycję z muzyką elektroniczną. Zwróciłem się do Pani Dyrektor z prośbą o wskazanie pięknego głosu do sygnału audycji. Powiedziała, że jeśli osoba, o której myśli się zgodzi, to będę szczęśliwy do końca życia. To był Maciej Zembaty. Zachwycił się proponowaną nazwą. Zaciekawiła go jej wieloznaczność. Mam nagranie, gdy zastanawia się, jak powiedzieć „Potrójne pasmo przenoszenia”… Czas szybko leci. W 2019 roku audycja skończy 10 lat. Początkowo emitowana była w nocy od 2:00 do 4:00 i to najlepiej pokazuje jak funkcjonuje Magda Jethon. Nie wystarczyło, że się znamy a ja mam radiowe doświadczenie. Miałem przejść szlak. Najpierw pracować późną nocą. Nie byłem forowany. Wtedy też za dnia po raz kolejny dostałem swoje „3 minuty”. Później wymyślono, żeby ta duża audycja była z soboty na niedzielę od północy do 2:00. Tak jest do tej pory.

Oprócz „Potrójnego pasma przenoszenia” robisz jeszcze audycję „AnagrammarganA”. Kto wymyślił ten znakomity palindrom?
Wymyśliliśmy to wspólnie z moją partnerką Katarzyną Zduńczyk. Słuchaliśmy muzyki. Coś nas natchnęło. Myślałem o jakimś nagraniu. A „Nagram” to…

Płynnie przeszliśmy do teraźniejszości. Magdy Jethon już nie ma, nastąpiły kolejne zmiany. Po kraju poszła fama, że „Trójka” odczuła „dobrą zmianę”. Czy chciałbyś się wypowiedzieć na ten temat?
Polacy są podzieleni. Może tak na to pytanie odpowiem… W stanie wojennym noszono oporniki w klapach, taką elektroniczną czujkę z jakiegoś urządzenia. Uważam, że dzisiaj powinniśmy nosić spinacze, żeby nas Polaków „połączyć”. Niestety doszło do takiej sytuacji, że w jakikolwiek sposób bym nie odpowiedział na to pytanie, stawiam się po którejś ze stron. A moja droga jest pośrodku. Uważam, że trzeba myśleć zwłaszcza w sferze publicznej, co się mówi. Trzeba ważyć słowa i trzeba dążyć do konsensusu i do jedności, bo stawianie się po którejkolwiek ze stron nic dobrego nie przyniesie. Nie interesują mnie skrajności.

W Twoich audycjach szczególnie często pojawiają się dwaj polscy artyści. Niedawno zmarły Tomasz Stańko i Andrzej Korzyński. Opowiedz o swoich kontaktach z tymi wybitnymi twórcami muzyki.
Gdyby nie Radio Jazz nie miałbym kontaktu z Tomaszem Stańko. Pierwszy wywiad jaki z nim przeprowadziłem, to był czas, kiedy miałem audycję „Guten Margan”. Ktoś mi załatwił numer. Zadzwoniłem do niego do domu, bo stwierdziłem, że skoro mam namiar, to nie będę wydzwaniał po menadżerach. Człowiek to człowiek. Zadzwoniłem, a on – oczywiście, bardzo proszę… I już.

Nagrywałeś u niego w domu?
Przeważnie nagrywaliśmy w domu. Są sytuacje, w których wolę brać mikrofon i nagrywać u kogoś, ponieważ rozmowa na prywatnym terytorium daje swobodę. To jest zupełnie inna sytuacja niż jak prosi się do studia. Lubię to przebywanie. To jest taki instynkt reportera, bo w tym domu zazwyczaj dzieją się fajne rzeczy. Gdybym nie bywał u niego, tylko bym aranżował wywiady w „Trójce” (też bywał), to nie byłoby wielu wspaniałych sytuacji. A bywało tak: „Panie Michale, pan ściągnie buty, bo ja tutaj dywaniki takie mam, zbieram, kolekcjonuję i pan wie co się na tych dywanikach działo…”. Po tych wszystkich żartach, to z jaką łatwością opowiadał o muzyce, to jak chłonął nowe tematy, wiem, że on wiedział, że młodość daje muzyce takiego kopa jak żaden wybitny, wyuczony, z wielką sławą kompozytor, dyrygent czy producent. Lubił ze mną rozmawiać, nie miał problemu ze zrobieniem sobie zdjęcia ze mną. Pewnie, że zdarzało mi się powiedzieć coś niewłaściwego. Miałem poczucie niewiedzy zwłaszcza jego historii z lat siedemdziesiątych. On chyba wyczuwał, że się trochę „ślizgam”, że nie umiem, że nie wiem, bo nie rozumiem. A jego to w ogóle nie bolało. Był pomocny. Tłumaczył i wyjaśniał. To świadczyło, że miał dystans do siebie, że nie był chodzącą gwiazdą, do której nie można się zbliżyć. Przy nim czułem się wyjątkowo.

A Andrzej Korzyński?
Mamy bliskie i serdeczne kontakty. On przeżywa drugą młodość, m.in. dzięki temu co robi Andy Votel w swojej angielskiej oficynie. Nasze pokolenie czterdziestolatków ma dziś sporo do powiedzenia i to my przypominamy „Akademię Pana Kleksa”, mówimy o Bajdocji i Wielkim Elektroniku, o szczęśliwym dzieciństwie, a nie byłoby tego gdyby nie Andrzej Korzyński. On jest szczęśliwy, że to wróciło. Facet o wielkim sercu, o bardzo zdecydowanych poglądach politycznych…

…których w ogóle nie widać w Twoich wywiadach z nim…
Bo generalnie nie jestem od tego, żeby rozmawiać o polityce. Rozmawiamy o muzyce. Czasem miewam zapędy, żeby coś powiedzieć, ale teraz pracuję nad powściągliwością, której brakuje nam wszystkim. To jest taka lekcja, którą odrabiam rozmawiając m.in. z Andrzejem Korzyńskim. Ma się bardzo dobrze, cieszy się wnukiem, został człowiekiem o „Złotym uchu” na festiwalu Soundedit. Jego płyty znów wychodzą na winylach. Same sukcesy.

Chcielibyśmy zapytać o Twoje kontakty z flagowymi postaciami „Trójki”…
Marek Niedźwiecki to jest gość, który mimo swojego zdawkowego słowa na antenie potrafi spowodować, że nagle otwierają się kolejne wrota ogrodów muzycznych. Nigdy nie zapomnę jak pokazał mi utwór „Rise” Herba Alperta. To po raz kolejny pokazało jak wielką wiedzę ma również w stylistyce muzyki disco. Omnibus jeśli chodzi o muzykę popularną. Bez wątpienia jest człowiekiem, na którym stoi Program Trzeci. Można się z nim zgadzać, nie zgadzać, ale nigdy już nie będzie kogoś takiego jak Marek Niedźwiecki. Ikona.

Piotr Stelmach, zachowując oczywiście wszelkie proporcje, jest tym kimś dla obecnych muzyków, kim był Marek Niedźwiecki w latach osiemdziesiątych. Stelmach w dużej mierze przyczynił się do tego, że wypłynęli na szersze wody tacy artyści jak Kortez, Organek, Skubas i wielu innych…
Owszem. Szczerze mówiąc czuję, że dopiero wszystko przed nami, jeśli chodzi o współpracę z Piotrkiem. (Obaj panowie razem na antenie „Trójki” przywitali 2019 rok – przyp. red.) Największym guru pozostaje dla mnie Piotr Kaczkowski. Jest to człowiek, który prezentuje niesamowicie szeroką paletę muzyki. Nie ma drugiej osoby, która dotykając tak wielu gatunków jest w tym autentyczna. Kiedy zaczynałem pracować w „Trójce” to słyszałem głosy, żebym nie wzorował się na gwiazdach „Trójki”, po czym zwróciłem uwagę, że cały szereg osób właśnie to robi. Wziąłem sobie to do serca i nie podążam ich drogą. I nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę być innym. Ja po prostu jestem inny. Z drugiej strony jednak wiem, że takich gwiazd już nie będzie choć radio jak i winyl, może jeszcze zaskoczyć.

Jeździsz dużo po Polsce, po różnych festiwalach muzycznych. Jaki jest Twój ulubiony?
Ewidentnie moim konikiem jest Tauron Nowa Muzyka w Katowicach, ponieważ jest to festiwal, który jako pierwszy w Polsce wyniósł muzykę elektroniczną na salony. Ta muzyka jest prezentowana w totalnie ekskluzywnych warunkach. NOSPR, Międzynarodowe Centrum Kongresowe, to są przestrzenie na kilka tysięcy osób a muzyka brzmi jakbyś siedział w małym studiu. Wspaniała akustyka. Ale najważniejszy jest program. To najpierw właśnie tam zaczął się pojawiać Moderat, zanim stał się sławny w Polsce. To tam odkrywano całą masę gałęzi elektroniki zupełnie nieobecnej w polskiej przestrzeni. Adam Godziek i Adam Pomian, czyli szefowie tego festiwalu, „Ślązoki” wiedzą co robią. Mają w tym wszystkim wiele finezji czego brakuje innym festiwalom z muzyka elektroniczną. Po czarny „wungiel” zawsze tam jedziemy. Zawsze jest dużo inspiracji i zabawy…

A dają „fest grubo koperta”?
Nie dostaję dodatkowych pieniędzy, za mówienie o ich festiwalu. „Trójka” ma z Nową Muzyką umowę patronacką. Tak to działa. Myślę, że z dużą korzyścią dla obu stron. Mnie nie chodzi o pieniądze. Mnie napędza muzyka. Jak widzę, że ktoś ma taką jazdę i taką zajawkę, to ja w to też wchodzę, a organizacja czegoś takiego nie jest łatwym zadaniem. To jest taniec na linie. Szacunek dla nich.

Chcielibyśmy, żebyś wypowiedział się na temat słuchania muzyki. Pamiętam jak kiedyś puszczałem Ci jakiś utwór i go wyłączyłem w trakcie, to krzyczałeś na mnie, że utworu słucha się od początku do końca, że trzeba mieć szacunek do muzyki i twórców. Wiem o Twojej audiofilskiej zajawce na dźwięk, płyty winylowe, brzmienie. Co sądzisz o postępie cyfryzacji dźwięku i tego, że np. za 10 lat możemy nie mieć płyt CD. Wszystko będzie w formatach MP3 albo w streamach. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?
Odpowiem pytaniem na pytanie. Znasz numer komórki do swojej mamy? Większość pytanych przeze mnie osób nie zna numeru swoich bliskich. Zmierzam do tego, że cała cyfryzacja odbiera nam pamięć. Odbiera to, co zawsze mieli nasi rodzice. Jeśli bym się urodził 15 lat później pewnie nie potrafiłbym powiedzieć całego koncertu Wojskiego na pamięć… Słuchanie muzyki w ten sposób, w związku z tym, że jest tak łatwe i do zrobienia wszędzie, obdziera ją z magii, z tajemnicy, z pewnego odlotu, który można złapać tylko wtedy, kiedy kupujesz fizyczny nośnik lub idziesz na koncert. Kupujesz płytę, zwłaszcza winyl i sobie planujesz, że wieczorem nastawisz igłę i jej posłuchasz. Teraz warto się zastanowić nad tym co się dzieje w twojej głowie, jak sobie planujesz czas na to, żeby posłuchać muzyki. Warto również zapytać siebie co zostaje ci po takim słuchaniu? A ile ci zostaje po słuchaniu muzyki w telefonie, w tramwaju, w samochodzie, na laptopie? Różnica jest kolosalna. Kwestia jakości dźwięku to jest sprawa drugorzędna. Najważniejszy jest styk, twój styk z muzyką. A stykasz się wtedy, kiedy kupujesz płytę lub idziesz na koncert, kiedy się przygotowujesz, kiedy masz jazdę, kiedy twoje emocje rosną i się rozkręcają. Wtedy zostaje ci w głowie najwięcej.

W muzyce jazzowej, której jesteś fascynatem, gra na instrumencie żywy człowiek. Oddaje też swoje emocje. Natomiast muzyka elektroniczna jest w dużej mierze wygenerowana. Czy nie uważasz, że muzyce elektronicznej brakuje czasem duszy?
To zależy jak się do tego podejdzie. Bo teraz cała masa elektroników, którzy zaczynali od tworzenia muzyki na komputerze, patrząc na klocki i ustawiając je, przechodzi w stronę grania muzyki na żywo. Muzyka elektroniczna nie musi być tworzona na elektronicznych instrumentach. Muzyki elektronicznej nie definiuje się przez syntetyk, instrumenty elektroniczne, tylko przez sposób myślenia o niej. Najprostszym przykładem jest to, że nie masz w tzw. muzyce elektronicznej zwrotek i refrenów. To są kompozycje otwarte, często suity ciągnące się kilka, kilkanaście minut. Kraftwerk w latach siedemdziesiątych grali na tradycyjnych instrumentach, później zastąpionych elektronicznymi. Owszem, zmieniły się dźwięk i brzmienie tych kompozycji, ale sposób myślenia o nich jest zupełnie inny niż piosenki, niż pop. Są otwarte i często transowe.

Chętnie wracasz do Tarnobrzega? Jak odbierasz nasze miasto po tylu latach nieobecności? Miałeś takie momenty w życiu, kiedy pomyślałeś sobie, że chętnie byś tu wrócił, że jesteś zmęczony wielkim światem?
Ja tu wracam do mamy. Moja mama jest przeszczęśliwa kiedy jestem. Jak wyjeżdżałem z Tarnobrzegu, ale to też ciekawe, że kiedyś mówiło się z Tarnobrzegu a teraz z Tarnobrzega… Jak wyjeżdżałem z Tarnobrzegu to nie lubiłem tego miasta. Pozytywnie odbierałem je wcześniej, w dzieciństwie, kiedy chodziłem do Domu Kultury, kiedy moja mama w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych tam pracowała, kiedy artyści pojawiali się w moim życiu. Tak kojarzyłem Tarnobrzeg do połowy lat  dziewięćdziesiątych. Potem widziałem jak miasto upada, że nic się w nim dobrego nie dzieje. Rdza i pamięć o wielkiej przeszłości z Siarkopolem w tle… Z większym ciepłem patrzę na Tarnobrzeg dziś niż jeszcze 5-8 lat temu. A jeśli mnie pytacie, czy myślałem o tym, żeby wrócić, to ostatnio zastanawiałem się nad tym. Tu jest cicho, a w Warszawie smog…

Co by było gdyby nagle Michała Margańskiego znów nie było w „Trójce”? Co by wtedy robił Margan?
Nie wiem… To byłoby dla mnie straszne, bo tak naprawdę nie ma alternatywy jeśli chodzi o radio. Jest radio publiczne i są rozgłośnie prywatne, ale one nie są radiem. To jest biznes, w którym chodzi tylko o pieniądze i słupki. Pewnie bym zintensyfikował swoje granie jako DJ. Teraz grywam sporadycznie. Może aplikowałbym do którejś stacji regionalnej, bądź innego programu radia publicznego. Bardzo ważna w radiu jest dla mnie kultura słowa. W Polsce mamy piękną historię radiofonii. Jest olbrzymia i bogata. Potrafimy mówić „na ciszy”, co odróżnia nas np. od anglojęzycznych stacji. Takiego mówienia trzeba się jednak nauczyć co jest sztuką. Gustaw Holoubek i Karol Wojtyła mieli nieprawdopodobną zdolność posługiwania się pauzą. To jak oni wyczuwali ciszę, jak nią sterowali, jak czuli ile energii daje pauza … hmm. Mistrzowie.

Fot. Wojciech Dorosz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *