Szosa, wiatr i pozytywne emocje, czyli zakręceni na rowerach

Półtora roku temu nie sądziłem, że będę ubierał się w obcisły strój i ścigał się rowerem po szosie. Wszystko zaczęło się od zimowego treningu w klubie Fitneska. Prowadzący zajęcia Krzysiek Kaczmarek, nota bene były zawodowy kolarz i syn reprezentanta Polski podczas legendarnego „Wyścigu Pokoju”, pokazał mi rowerowy świat, o którym nawet nie miałem pojęcia. Tak zaczęła się moja „choroba”, którą prywatnie nazywam „cyklozą”. To rodzaj pozytywnego uzależnienia. Kupiłem rower, buty i dwa komplety strojów kolarskich. Okazało się, że takich jak ja jest w Tarnobrzegu dużo więcej. Dziś wspólnie trenujemy i ścigamy się w zawodach. Towarzyszy temu zgłębianie wiedzy o fizjologii człowieka, diecie. Jednym słowem „chorujący” zmieniają całkowicie swój styl życia. Posłuchamy o ludziach owładniętych cyklozą.

Dla nich środa i niedziela to dni szczególne, dni kolarskiego ścigania. Jest ich w Tarnobrzegu kilkudziesięciu. Zarówno młodych, uczących się jeszcze, jak i dojrzałych, ustatkowanych pasjonatów. Jako amatorzy kontynuują tarnobrzeskie tradycje rowerowe, które niegdyś były znaczące na sportowej mapie Polski. W latach siedemdziesiątych kolarze LZS „Zorza” Tarnobrzeg mieli swoje pięć minut. Klub przeżywał swoją belle epoque. Nasi kolarze na Podkarpaciu nie mieli sobie równych. Stanowili czołówkę najlepszych wyścigów w kraju, w tym do dzisiaj rozgrywanego słynnego wyścigu dookoła Polski – Tour de Pologne. Później w barwach Legii Warszawa zdobywali nawet tytuły Mistrza Polski. Kilku z nich do dziś regularnie jeździ na rowerze, regularnie biorąc udział w tak zwanych „ustawkach”, czyli wspólnych przejażdżkach po ustalonej trasie i przyjętą z góry średnią prędkością przejazdu. Tadeusz Mycek i Wacław Jurgielewicz, kolarskie legendy, o których zawsze ciepło wypowiada się dawny mistrz nad mistrzami Ryszard Szurkowski. Zaszczepiają kolarskiego ducha sportu kolejnym pokoleniom tarnobrzeżan. Prowadzą otwartą grupę na Facebooku pod nazwą: Amatorska Grupa Kolarska – Zorza Tarnobrzeg, na której skrzykują się na wspólny trening i gdzie można obejrzeć ich dokonania.

Na co dzień pracują, studiują, uczą się. Ale kiedy przychodzi środa, ten wyjątkowy dzień, nie może ich zabraknąć w tym jednym miejscu! Spotykają się na szczególnej przejażdżce, takiej z nutką ścigania, którą nazywają „IC”. Słowo to skrót z języka włoskiego oznaczający „środowy klasyk” (Infrasettimanale Classico). Przejażdżki w środku tygodnia odbywają się w wielu miejscach nie tylko Polski. Lokalny IC to blisko 60 km pętla. Ściąga ona, co środę kilkudziesięciu szosowców z Tarnobrzega, Sandomierza, Gorzyc, Stalowej Woli, Nowej Dęby, Mielca, a czasem nawet i z odleglejszych miejscowości. Kolorowy peleton licznej grupy „kręcących” budzić musi podziw i zaciekawienie mieszkańców miejscowości, przez które przejeżdża. Jest start i meta, są i lotne premie. A zwycięzca pętli zakłada żółtą koszulkę lidera. Jak w prawdziwym wyścigu. Amatorzy futbolu mają Orliki, oni mają IC.

Niedziela to również kolarskie święto. To okazja do pojeżdżenia i wspólnego treningu po opustoszałych lokalnych drogach. Niewiele jest rzeczy tak przyjemnych jak wspólny wyjazd grupą za miasto. Mają takie same stroje i porządne, dopieszczone w każdym calu rowery. Oszczędzają, by móc kupić kolejną część, która pozwoli obniżyć wagę ukochanej maszyny. Standardem jest, że waga roweru spada znacznie poniżej 10 kg. Te zbudowane z włókien węglowych nawet do 5 kg. Rowery naszpikowane są czujnikami. Podstawa to pomiar prędkości i częstotliwości obrotu pedałami, czyli kadencji. Ale pojawiają się również pomocne w treningu mierniki mocy. By jeździć w grupie trzeba nauczyć się specjalnych gestów służących przekazowi informacji dla poruszających się z dużą prędkością kolarzy. Jadą jeden za drugim w odległości ok. 50 cm, rower za rowerem. Jadący na pierwszej pozycji rozcina powietrze. Pozostali chowają się za nim, tracąc mniej energii. Bezpieczeństwo grupy zależy od szybkiego zasygnalizowania jadącym z tyłu o zbliżającym się niebezpieczeństwie. To niezbędne abc bezpiecznego i efektywnego treningu na drodze.

Zwykłe przejażdżki odbywają się ze średnią prędkością 30 km/h. Ale gdy stają do rywalizacji średnia przekracza nieraz i 40 km/h, a przy sprintach nawet 50 km/h. Mimo to uwielbiają wspinać się po stromych podjazdach, by potem gnać w dół z prędkością zbliżającą się do 80 km/h. Dlatego wielu z nich bierze udział w wyścigu Tour de Pologne amatorów, wspinając się na słynną „ścianę płaczu” w Gliczarowie Górnym na Podhalu, gdzie nachylenie sięga 20% i ciągnie się przez niemal 5 km. To tak jakby wjechać na szczyt 120 piętrowego drapacza chmur.

Zimą trenują na rowerach stacjonarnych lub trenażerach, do których podpinają swoje rowery. W ostatnich latach pojawiła się nawet aplikacja sieciowa Zwift. W wirtualnej rzeczywistości, sprzęgniętej z rowerem i trenażerem biorą udział w wyścigach za pomocą swoich awatarów na ekranach komputerów.

Różne drogi prowadzą do rowerowej pasji. Chęć naśladowania zawodowców oglądanych w telewizji może i ma znaczenie, tak samo jak silna potrzeba rywalizacji. Ale najczęściej pojawiającym się motywem jest zdrowie i kondycja. Bakcyla złapałem kilka lat temu. W sumie to klasyk, bo chciałem zrzucić kilka kilogramów i zrzuciłem 25 – mówi Grzegorz Assman – pomysłodawca akcji charytatywnej związanej z jazdą na rowerze. W ramach akcji wraz z kolegami pokonują kilometry dla dzieci z tarnobrzeskiej szkoły specjalnej. Najpierw zrodził się pomysł, żeby pokonać jakiś dłuższy dystans, ale jazda bez żadnego celu byłaby ich zdaniem nudna. Więc odnaleźli sponsorów, którzy zapłacą za każdy przejechany kilometr. W ubiegłym roku grupa śmiałków przejechała 500 km, do Elbląga. Trasę pokonali w nieco ponad 19 godzin. Było ciężko, ale dopingowały ich smsy od przyjaciół, pracowników szkoły i uczniów. Dziś poprzeczkę sobie podnieśli. W czerwcu zaplanowali przejazd do Szczecina. To już 700 km jazdy non stop. Zamierzają pokonać ją w czasie ok. 35 godzin. Z tego powodu ostro trenują by nie zawieść.

Wszystko zaczęło się od tego, że moja waga i kondycja mi się nie podobała -wspomina swoje początki Tomasz Kudela. Z czasem poznawałem pojedyncze osoby i tak poznałem grupę ciekawych ludzi i ten kontakt rozwija się do dziś. Kolarstwo mnie zaraziło tym, że z każdym rokiem uczę się jeździć ,,z głową”. Poznałem kawał kraju. Kolarstwo wciąga i uzależnia. Poprawiam swoje osiągi i widzę poprawę. I to jest pozytywne, że wszystko, co robisz w tym kierunku jest ,,po coś”, daje wynik i satysfakcje – dodaje Tomasz.

Jazda wciąga. Daje poczucie wolności. W jej trakcie przestaje się myśleć o problemach dnia codziennego. Jest tylko rower, trasa do przebycia i koło kolegi z przodu, któremu nie można odpuścić. Poruszanie się po szosie to niezwykle smaczna przyprawa w ich życiu, której nigdy dość. Kolarstwo to ćwiczenie swojego charakteru. To osiąganie celów, bez oglądania się na trud i zmęczenie. To pokonywanie własnych słabości. To wreszcie koleżeństwo i przyjaźnie. Bo to wbrew pozorom sport wybitnie zespołowy.

Robert Chrząstek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *